środa, 23 maja 2012

PA!

PA oznacza w języku mojej córki plac zabaw i jest miejscem najbliższym jej wielkiemu sercu. Codziennie prosi mnie, błaga, grozi i żąda (dla każdej z powyższych znajdując odpowiednią intonację) PA! PA! PA!Więc chodzimy dzień w dzień na PA i brodzimy w błocie lub wygrzewamy się w słońcu, zjeżdżamy ze zjeżdżalni i huśtamy się, próbując sięgnąć nieba.

Lady D. uczy się korzystać z nocnika. Bilans tego tygodnia:
- trzy razy siusiu zgłoszone i zrobione do nocnika,
- jedno siusiu zgłoszone i zrobione wprost na nogi i nalane do butów,
- jedna kupa zgłoszona i zrobiona do nocnika,
- jedna kupa zgłoszona i zrobiona przy bramce na schodach, po uprzedniej ucieczce z łazienki bez pieluchy.
Nie jest źle. Po wysikaniu się najfajniej jest wkładać ręce do własnego moczu, a potem przenosić nocnik w stronę toalety, mlaskając, co ma oznaczać, że kibelek będzie pił.

Coraz częstsze przebywanie bez pieluchy pozwala też na nieskrępowaną niczym eksplorację własnego ciała, z czego moja córka skrzętnie korzysta. Położyłam ją dziś po kąpieli na przewijaku. Kiedy ja smarowałam jej ciałko balsamem, Lady D. bawiła się swoją łechtaczką. Jej paluszki już nie błądzą - trafiają z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. Kiedy zaczęłam zakładać jej pieluchę, wszczęła protest: PA! PA! - Jakie PA? - zapytałam. PA! - odpowiedziała wskazując łechtaczkę. Próbowała jeszcze wpychać łapska pod pieluchę, ale spacyfikowałam ją, dopinając szczelnie rzepy. 

No cóż, jeśli mojej córce masturbacja i plac zabaw dostarczają podobnych wrażeń, nie dziwię się, że codziennie wymusza na mnie zabawy na PA :) 

piątek, 18 maja 2012

Szeroko pojęte JA

W ostatnich "Charakterach" znaleźć można, mnie osobiście przekonującą, definicję ja. Otóż ja to wszystko, co nazywamy moim. Jestem zatem przede wszystkim sobą, swoimi emocjami i przemyśleniami; jestem moim mężem i córką; jestem moją okolicą, moimi ulubionymi perfumami La Perla i moimi książkami przykrytymi kurzem (bo na sprzątanie czasu ostatnio nie znajduję). Wreszcie - jestem moimi przyjaciółmi. Zastanawiałam się ostatnio - kim są w moim życiu przyjaciele. Doszłam do wniosku, że są osobami, które pozwoliły mi obdarzyć się miłością, przyjęły ją i odwzajemniły. Niczego więcej w tej przyjaźni nie potrzebujemy, bo lojalność, chęć niesienia pomocy etc. są naturalnymi konsekwencjami miłości. Moi przyjaciele to ludzie, dla których bezinteresownie chcę jak najlepiej, i którzy bezinteresownie jak najlepiej chcą dla mnie.

Dziś właśnie, niedługo przed południem, do grona osób, które kocham bezwarunkowo, dołączył mały chłopiec o drobnej buźce i trzepocącym niczym motyle skrzydła serduszku. Kiedyś pokochałam jego brata - był on pierwszym dzieckiem, o którym pomyślałam, że oddałabym swój oddech za jego. Tak się nie da, W. nie żyje, a jego rodzice - którzy są tak "moi", że stanowią ogromną część mojego ja, odważyli się dokonać cudu i stworzyć nowego człowieka. Sz. jest doskonały - kilka miesięcy temu był kijanką, dziś ma nosek, słodkie usteczka, włosy na głowie, malutkie dłonie, duże stopy i cudownych rodziców, którym dziękuję za to, że są.

niedziela, 6 maja 2012

Pogodzony z losem

Nasza córka robi się coraz bardziej gadatliwą młodą damą. Mówi już mama, tata, baba, dzia, daj, wtań, cześć do tego wiele innych słów, w których gubi końcówki lub środkowe sylaby. Wypowiada też całe ciągi niezrozumiałego bełkotu, z wysuwaniem języka włącznie. Rozumie niemal wszystko, więc komunikacja staje się coraz łatwiejsza i przyjemniejsza.

Pisałam Wam niedawno o sąsiedzie, który sprzedaje działkę. Przyjechał dziś, by skosić trawę. Podeszłyśmy z Lady D. do płotu, by się przywitać. Starszy pan zbliżył się do nas i powiedział, patrząc czule na moją córkę Rośnie nowe pokolenie, to dobrze. Życie jest ulotne niczym sen. Wzrokiem pełnym miłości objął swoją działkę i dodał Wszystko w przyrodzie kończy się, by mogło przyjść nowe. My też jesteśmy częścią przyrody. Pod okularami przeciwsłonecznymi ukryłam łzy. Oto ten ujmujący starszy mężczyzna pogodzony jest z porami życia. A ja? Ja nagle lgnę do tego człowieka, żeby zatrzymać choć na moment moje życie, jakiś jego etap, który dawno już minął. Dotknęły mnie ta jego zgodność i pełna godności sylwetka. We mnie owej zgody nie ma, jest bunt i potrzeba rewolucji. Szkoda, że dopiero po wielu latach zobaczę, iż walka z wiatrakami wykańcza, nic nadto.

Zwlekam drugi dzień z opublikowaniem tego posta, bo chciałam napisać jeszcze o mojej mamie, o zagubieniu, o relacjach, które zmieniają się i wypaczają... Na razie jeszcze muszę się z tym wstrzymać, niech myśl dojrzeje.

środa, 25 kwietnia 2012

Nie zgubimy się

Sprzątaliśmy ostatnio w domu. Kiedy znaleźliśmy się z D. w sypialni, przewróciliśmy się na nasz materac, kotłując się, przekomarzając i przepychając. Nie było w tym podtekstu erotycznego, zwykła, acz zabawna, przepychanka. Nagle do pokoju wbiegła Lady D. Sytuacja była o tyle dwuznaczna, że nie śmialiśmy się, więc nie było pewności czy dobrze się bawimy, czy na przykład robimy sobie krzywdę. Nasza córka wpadła do nas na materac z piskiem i śmiechem, bez wahania dołączając do zabawy. A mnie serce urosło do rozmiarów frachtowca przewożącego gigantyczne kontenery załadowane radością. Moje dziecko nie zna krzywdy wyrządzanej sobie wzajemnie przez członków rodziny. Oczywistością jest, że nasze zabawy są właśnie zabawami i można do nich dołączyć. Moje dziecko czuje się bezpieczne w naszej rodzinie. Bezcenne.

Pojechałam dziś z córką do centrum handlowego po buty dla niej. Szłyśmy za rękę. Ja i mała dziewczynka. Już nie dzidziuś, nie maluszek; choć nadal taka maleńka przecież... Jest już jednak dziewczynką, z którą mogę sobie "ramię przy ramieniu" spacerować przez życie. W pewnym momencie puściła moją rękę, gdyż obejrzała się za czymś, wykonała obrót, stając tyłem do mnie i zaczęła rozglądać się w popłochu, wyciągniętą rączką szukając mojej dłoni. Złapałam ją za rękę, a ona spojrzała na mnie uspokojona. Nie bój się, mama nie pozwoli, żebyśmy się kiedykolwiek zgubiły - powiedziałam. Zdałam sobie sprawę, że to jedna z najważniejszych obietnic, jakie złożyłam w życiu. Jedna z tych, których dotrzymam bez względu na konsekwencje. Nawet jeśli dzielić nas będą od momentu wypowiedzenia tych słów dziesiątki lat i setki kilometrów, nigdy, nigdy nie pozwolę, żebyśmy zgubiły z moją córką siebie.

Matka w ogóle nie jest w stanie zgubić swojego dziecka, ono płynie w jej żyłach, bije w jej sercu, paruje w oddechu. To więź dla mnie mistyczna niemal; nie nagła, przychodząca na hormonalnym haju po porodzie, ale dojrzewająca powoli i słodka, jak rajski owoc. Lady D. też odnajdzie tę więź, odda moją miłość, zrozumie, że matka z dzieckiem nie mogą się zgubić - pewnego dnia, trzymając w dłoni drobną dłoń swojego dziecka.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Autonomia

Będę się powtarzać, gdyż nie raz już pisałam o najważniejszym - według mnie - zadaniu rodziców polegającym na pozwalaniu swoim dzieciom, by odchodziły od nas. Od pierwszego dnia, ba! - od momentu, w którym wydajemy nasze dzieci na świat, zwiększa się ich autonomia oraz dystans między nami. Z jednego ciała stajemy się dwoma, potem utrzymujemy jeszcze jedność emocji, gdyż dzieci do któregoś tam miesiąca życia (nie pamiętam czy to 18., 24., czy nawet później) nie rozumieją, że jesteśmy odrębnymi jednostkami. Kiedy ktoś płacze, dziecko również zalewa się łzami, nie wiedząc nawet, że to nie jemu jest smutno. Ostatnio zapytaliśmy naszą córkę Gdzie jest mama?, a stokrotka wskazała na mnie, mówiąc z uśmiechem to najsłodsze słówko mama. Zapytaliśmy więc Gdzie jest tata?, a nasza córka wskazała D. i wykrzyknęła tata. Zapytaliśmy Gdzie jest D.?, a Lady D. wskazała siebie. Oto ona - odrębny człowiek.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Na zawsze

Działka naszych sąsiadów od zawsze stoi pusta. A właściwie nie pusta, lecz zagospodarowana letniskowo. Jest więc drewniany, jednoizbowy domek stojący na pustakach. Jest też mały domek na sprzęty typu kosiarka. Kiedy byłam dzieckiem nasz kot zniknął nagle i nie mogliśmy go znaleźć. Po kilku dniach znalazł się, zamknięty w domku sąsiadów, którzy po weekendzie wrócili do miasta. Do miasta, ha! Do miasta oddalonego ledwie o kilka, bo nawet nie kilkanaście kilometrów. Lata temu, kiedy kupowali tę działkę, byli pewni, że właśnie z miasta będą tu uciekać. A potem miasto przyszło i tu, zamurowując zieleń wokół. Kiedy się tu sprowadziliśmy wokół były pola, a na łące na końcu ulicy, pasł się siwy koń.

Nasi sąsiedzi przyjeżdżali co weekend swoim Volvo Amazon w kolorze bahama blue - że posłużę się nomenklaturą kolorystyczną właściwą dla starego VW Garbusa. Przyjeżdżali swoim pięknym, czystym, wyglądającym jak nowy, samochodem, a potem brali się do pracy - koszenie, pielenie, grabienie. I mrożona herbata na ganku. I zawsze miłe słowo dla innych.

Od lat już przyjeżdża tylko starszy pan. Odkąd zmarła jego żona, działka straciła dawny urok. Stała więc, dziczejąc, i tylko co jakiś czas podjeżdżał pojazd bahama blue, a odgłos kosiarki przecinał ciszę.

Zobaczyłam dziś na bramie baner agencji nieruchomości. I chciałam od razu tę działkę kupić. Zadzwoniłam, dowiedziałam się o cenę, zadzwoniłam do D., mówiąc, że kupujemy, przemyślałam, zrozumiałam, odpuściłam... I po jakimś czasie dopiero dotarło do mnie, że jest mi po prostu kurewsko przykro, bo zaraz zmieni się mój pogląd na świat, przynajmniej na ten południowo-wschodni. Zniknie znajoma chatka, pewnie przy okazji kilka drzew; powstanie - piękny zapewne - dom i wprowadzą się uroczy - mam nadzieję - ludzie. Ale ja nie chcę zmian! Chcę mojej chatynki i niebieskiego Amazona. Chcę równy żywopłot skrywający pustą działkę. Chcę, że było tak, jak zawsze. Na zawsze.

sobota, 7 kwietnia 2012

2 kwietnia

W poniedziałek były moje urodziny, wtedy zaczęłam pisać tego posta. Nie wiem już czy bardziej przeszkadzał mi w jego ukończeniu brak czasu, depresje przeplatane ekstazami, zła organizacja... Odkąd wróciłam do pracy wciąż coś stoi mi na drodze, i to we wszelkich przejawach mojej aktywności. Robię zdecydowanie więcej rzeczy, ale ich jakość spada wprost proporcjonalnie do ilości. Daję więc sobie wybór - zmniejszę ilość lub zwiększę jakość. Ale to po świętach... :)

Dotrzymałam słowa - okolice moich urodzin są też czasem przeglądu okresowego mojego, na razie jeszcze młodego, jędrnego i zdrowego, ciała. Zapisałam się do internisty, żeby zlecił mi różne badania oraz do ginekologa. Nie umniejszając mojego zachwytu nad wszystkimi cudami, którymi bliscy obdarowali mnie z okazji urodzin, muszę przyznać, że takie doroczne badania to najlepszy prezent, jaki mogę sobie ofiarować.

Kiedy zaczynałam pisać tego posta, chciałam pochwalić moją córkę, która w zeszłą sobotę, tuż przed śniadaniem, wyjęła z szafki talerze i postawiła je na stole, kiedy wyszliśmy na chwilę z kuchni. Chciałam napisać, że Lady D. umie pokazać jak szczeka piesek oraz jak miauczy kotek. Chciałam napisać, że pierwszy raz w życiu dałam w swoje urodziny kwiatek mojej mamie, żeby podziękować jej za Wielką rzecz, jakiej dokonała. Dodałabym jeszcze o pięknym przemyśleniu mojej czterdziestoletniej koleżanki - rozmawiałyśmy o ustawie przedłużenia wieku emerytalnego, a ona powiedziała, że jest jej zwolenniczką, bo wedle tej ustawy jest nie w połowie swojego życia, ale dopiero w połowie pracy zawodowej. Gdzieś po drodze wyparowały jednak emocje związane z tym wszystkim.

Dziś byłam w Domu Samotnej Matki. Wyżej wymieniona koleżanka zawoziła tam w tygodniu rzeczy po dzieciach i dowiedziała się, że w tym roku, wyjątkowo, żadna z firm, które do tej pory dawały im coś na święta, nie może tego zrobić. Pojechałam więc dziś rano do sklepu i od mojej ukochanej cioci, mojej mamy oraz ode mnie kupiłam żurki w proszku, parę kilo kiełbasy, sera i słodycze dla dzieci. Wielkie, jak mi się wówczas zdawało, zakupy zapakowałam do auta i pojechałam. Kiedy wszystko w ciągu minuty zniknęło z mojego bagażnika, zdałam sobie sprawę z małości moich darów. Tylko ja jednak ową małość zauważyłam, bo matki oraz dzieci, które pomagały mi wszystko wypakować, były zachwycone. Zawiozłam też trochę rzeczy po sąsiadce i jej dzieciach, wrzuciłam je do starego kosza wilklinowego, który od dawna walał się po piwnicy i nie wiedzieliśmy sami czy wystawić go śmieciarzom, czy spalić. Matki wykrzyknęły nagle Jaki piękny kosz!, a ja pomyślałam o naturze, która zatacza kręgi i nie pozwala by cokolwiek się zgubiło.

Ja się za to gubię. Błąkam się po ostatnich dniach jak po omacku. Nie umiem pogodzić wartościowego spędzania czasu z moją córeczką, pracy zawodowej, zajęć w domu kultury, pisania bajek, prowadzenia domu, studiowania, zrobienia pedicure. Narasta we mnie złość, zmęczenie, poczucie winy i zagubienia. Ale przecież mogłabym to wszystko! Muszę tylko odciąć grubą kreską to, co do tej pory i od początku porządkować swoje dni wedle nowych obowiązków. Stoi za mną D. i pozwala mi podeprzeć się, kiedy tracę grunt. Posiadanie prawdziwego przyjaciela, a co dopiero życie z nim!, jest cennym darem. Ja za mój jestem wdzięczna.