W poniedziałek były moje urodziny, wtedy zaczęłam pisać tego posta. Nie wiem już czy bardziej przeszkadzał mi w jego ukończeniu brak czasu, depresje przeplatane ekstazami, zła organizacja... Odkąd wróciłam do pracy wciąż coś stoi mi na drodze, i to we wszelkich przejawach mojej aktywności. Robię zdecydowanie więcej rzeczy, ale ich jakość spada wprost proporcjonalnie do ilości. Daję więc sobie wybór - zmniejszę ilość lub zwiększę jakość. Ale to po świętach... :)
Dotrzymałam słowa - okolice moich urodzin są też czasem przeglądu okresowego mojego, na razie jeszcze młodego, jędrnego i zdrowego, ciała. Zapisałam się do internisty, żeby zlecił mi różne badania oraz do ginekologa. Nie umniejszając mojego zachwytu nad wszystkimi cudami, którymi bliscy obdarowali mnie z okazji urodzin, muszę przyznać, że takie doroczne badania to najlepszy prezent, jaki mogę sobie ofiarować.
Kiedy zaczynałam pisać tego posta, chciałam pochwalić moją córkę, która w zeszłą sobotę, tuż przed śniadaniem, wyjęła z szafki talerze i postawiła je na stole, kiedy wyszliśmy na chwilę z kuchni. Chciałam napisać, że Lady D. umie pokazać jak szczeka piesek oraz jak miauczy kotek. Chciałam napisać, że pierwszy raz w życiu dałam w swoje urodziny kwiatek mojej mamie, żeby podziękować jej za Wielką rzecz, jakiej dokonała. Dodałabym jeszcze o pięknym przemyśleniu mojej czterdziestoletniej koleżanki - rozmawiałyśmy o ustawie przedłużenia wieku emerytalnego, a ona powiedziała, że jest jej zwolenniczką, bo wedle tej ustawy jest nie w połowie swojego życia, ale dopiero w połowie pracy zawodowej. Gdzieś po drodze wyparowały jednak emocje związane z tym wszystkim.
Dziś byłam w Domu Samotnej Matki. Wyżej wymieniona koleżanka zawoziła tam w tygodniu rzeczy po dzieciach i dowiedziała się, że w tym roku, wyjątkowo, żadna z firm, które do tej pory dawały im coś na święta, nie może tego zrobić. Pojechałam więc dziś rano do sklepu i od mojej ukochanej cioci, mojej mamy oraz ode mnie kupiłam żurki w proszku, parę kilo kiełbasy, sera i słodycze dla dzieci. Wielkie, jak mi się wówczas zdawało, zakupy zapakowałam do auta i pojechałam. Kiedy wszystko w ciągu minuty zniknęło z mojego bagażnika, zdałam sobie sprawę z małości moich darów. Tylko ja jednak ową małość zauważyłam, bo matki oraz dzieci, które pomagały mi wszystko wypakować, były zachwycone. Zawiozłam też trochę rzeczy po sąsiadce i jej dzieciach, wrzuciłam je do starego kosza wilklinowego, który od dawna walał się po piwnicy i nie wiedzieliśmy sami czy wystawić go śmieciarzom, czy spalić. Matki wykrzyknęły nagle Jaki piękny kosz!, a ja pomyślałam o naturze, która zatacza kręgi i nie pozwala by cokolwiek się zgubiło.
Ja się za to gubię. Błąkam się po ostatnich dniach jak po omacku. Nie umiem pogodzić wartościowego spędzania czasu z moją córeczką, pracy zawodowej, zajęć w domu kultury, pisania bajek, prowadzenia domu, studiowania, zrobienia pedicure. Narasta we mnie złość, zmęczenie, poczucie winy i zagubienia. Ale przecież mogłabym to wszystko! Muszę tylko odciąć grubą kreską to, co do tej pory i od początku porządkować swoje dni wedle nowych obowiązków. Stoi za mną D. i pozwala mi podeprzeć się, kiedy tracę grunt. Posiadanie prawdziwego przyjaciela, a co dopiero życie z nim!, jest cennym darem. Ja za mój jestem wdzięczna.